LAIF » Z ARCHIWUM LAIF: Wywiad: „Chcę, by moi słuchacze sięgali głębiej” – Andy Butler (Hercules & Love Affair)

Z ARCHIWUM LAIF: Wywiad: „Chcę, by moi słuchacze sięgali głębiej” – Andy Butler (Hercules & Love Affair)

Andy Butler – założyciel i muzyczny mózg Hercules & Love Affair nagrał już trzy albumy, a kilka singli z tych płyt cieszy się niezmienną popularnością w klubach na całym świecie. 

Tekst: Artur Wojtczak

zdjęcie: materiały prasowe

Andy, Twoja płyta „Feast of the Broken Heart” była mocnym, nastawionym na kluby albumem, na którym oddałeś hołd klasycznym brzmieniom muzyki tanecznej – Chicago house’owi i acid house’owi). Jesteś zadowolony z tego, jak krążek został przyjęty? Zwracasz uwagę na opinie publiczności?

Andy Butler / Hercules & Love Affair: Tak, zwracam uwagę na to, jak jest przyjmowana moja twórczość. Natomiast moje piosenki odbierane są czasem jak muzyka popularna. Dlatego zawsze staram się o dobre remiksy, które „zadziałają” na parkiecie. W ogóle to staram się tworzyć muzykę, której posłuchasz wszędzie: w klubie, sypialni, na spacerze. Dlatego moja muzyka zawiera nie tylko rytm, ale i dobre teksty, by odróżnić ją od typowych klubowych nagrań. Ostatnia płyta była odebrana pozytywnie i fajnie było ją grać na żywo.

Dwa single z tego albumu zostały zremiksowane przez legendarnych didżejów, którzy współtworzą historię muzyki tanecznej: Todda Terry’ego i Davida Moralesa. Był to swoisty follow-up do świetnego miksu ojca chrzestnego house’u – Frankiego Knucklesa z waszego debiutanckiego albumu, nieprawdaż?

Oczywiście. To coś robię od lat, bo zacząłem przecież od remiksów Frankiego Knucklesa i Kevina Saundersona na debiucie. Teraz poprosiłem o przeróbkę ikonę house Todda Terry’ego i ta wersja okazała się potem w labelu Defected. David Morales, którego styl ogromnie cenię, podjął się przeróbki „My Offence”. Oba miksy bardzo spopularyzowały te nagrania i tylko umocniły mój szacunek dla tych postaci.

Twoja kompilacja do serii DJ Kicks była muzyczną podróżą od wczesnych lat proto-house’u poprzez złote lata klubowych brzmień Nowego Jorku aż do lat 90. Powiedziałeś kiedyś: „To wielka frajda pamiętać, jak bardzo lubię stare płyty. Naturalnie skłaniam się ku bardziej klasycznym brzmieniom”. A dla mnie ta składanka to wręcz podręcznik kultury house dla młodszych klubowiczów…

Nagrałem tę kompilację, gdy na dobre rozkręcała się rewolucja fascynacji stylem retro-house’u. Odbywał się istny revival tych brzmień. Ukazał się w tym czasie m.in. album Azari & III. A ja chciałem sięgnąć głębiej do tej muzyki i pokazać na składance, skąd się to wszystko wzięło, pokazać szerszy, historyczny kontekst. Ta płyta to efekt mojego jak najbardziej osobistego gustu w muzyce.

Przygotujesz kolejną taką składankę? Jest dużo zapomnianych klasyków wymagających przypomnienia…

Raczej nie. W tej chwili koncentruję się na tworzeniu własnej muzyki, ale w labelu Mr Int’l będziemy wydawać m.in. re-edity naprawdę mocnych, surowych kawałków acidhouse’owych. Zaraz ujrzy światło dzienne nowy singiel i remiksy autorstwa Factory Pool i Tima Sweeneya.

Jakie jest teraz nocne życie Nowego Jorku? I jaka jest definicja house’u, charakterystyczna dla tego miasta?

Ja już od jakiegoś czasu nie mieszkam w Nowym Jorku., ale to cudowne miasto mające swój własny styl. I jest to na przykład epickie, wysublimowane i eleganckie brzmienie Todda Terry’ego. I ta wciąż zmieniająca się definicja pojęcia deep house. I klasyki z wytwórni Strictly Rhythm.

Jaka idea przyświeca projektowi „Radio Hercules – The Legendary Tunes”? To twoja osobista retrospektywa muzyczna, edukacja dla młodszych słuchaczy czy szukanie nowych inspiracji w starej muzyce?

To raczej wskazówka: „zobaczcie, czego słucham na iPodzie, zobaczcie, jakie kawałki mnie inspirowały”. Od ambient-house’owego Ultra Marine do industrialu. Dzielenie się tymi utworami ma służyć temu, by słuchacz sięgnął głębiej i docenił, że to, co teraz tworzę, wynika z pewnych inspiracji, które na mnie wypłynęły.

Mnóstwo podróżujesz i grywasz jako didżej. Jakie miasto jest obecnie stolicą życia klubowego na świecie?

Trudno ocenić, ale chyba wciąż Berlin. Ja natomiast mieszkam teraz w Belgii – już od dwóch lat.

Znasz historię tamtejszej sceny New Beat ?

Tak! I to mnie strasznie ekscytuje! Mieszkam w Ghent, gdzie siedzibę ma kultowy label R&S. Właśnie nagrałem utwór, którego obróbki dźwiękowej podjął się Outlander. Uwielbiam być w mieście, które ma swoja techno historię. Wracając do pytania: doceniłbym jeszcze takie miasta jak Porto i Londyn (pod warunkiem, że znajdziesz te właściwe miejscówki)

 

Stany Zjednoczone były kolebką kilku najistotniejszych gatunków muzyki klubowej jak house, techno czy US garage. Czy widzisz różnicę w jakości produkowanej tam muzyki w roku 2016 – po pierwszej fali EDM?

Tak, widzę duże różnice. I uważam ze prawdziwa muzyka taneczna pozostanie tam w niszy. W opozycji do popularnego EDM. Choć zdarzają się didżeje, którzy tam jeżdżą, zarabiają duże pieniądze i grają znakomite, wartościowe sety, na przykład Nina Kraviz. Byłem parę lat temu na WMC w Miami i nie było to dobre doświadczenie: dużo słabego EDM-house, mającego się po prostu sprzedać. Ale wciąż są ludzie tacy jak Kyle Hall, label L.I.E.S., którzy dostarczają najlepszą muzykę i mówią fali EDM: Fuck you. Subkulturowo dzieje się sporo, pojawiają się płyty surowe w brzmieniu, wręcz „niedoprodukowane” i odróżniające się od nijakich, wypolerowanych i popowych brzmień.

 

Graficzna strona projektu HALA – logo, okładki płyt, plakaty i ulotki – jest spójna, oparta na przemyślanym pomyśle. Pokażesz nam kiedyś coś więcej poza muzyką?

Tak, lubię wkładać ręce w inne media. Ale wciąż najważniejsza pozostaje muzyka. W tej chwili chcę kupić maszynę do szycia i projektować ubrania. A sam doceniam pracę moich przyjaciół, którzy piszą scenariusze i kręcą moje teledyski. Uwielbiam ich pasje i kreatywność – moją domeną będzie wciąż muzyka.

Jakie są Twoje osobiste trzy hymny taneczne – klasyki wszech czasów?

To się wciąż zmienia! Na dziś wymieniłbym: Cheryl Lynn „You Saved My Day” – ten klasyk disco zawsze mnie rusza i dodaje sił do życia. Jako drugi: Voices „Voices in My Mind” z udziałem Indii z Masters At Work. Oraz bezsprzecznie Yazoo „Situation”. Dla mnie Yazoo to po prostu proto-house, a nie ejtisowy new romantic. Doskonale odmienny od tych wszystkich podobnych produkcji italo disco z tamtego czasu. Alison Moyet ma wspaniały, emocjonalny głos pasujący do elektroniki, która nieoczekiwanie przekształca się w brzmienie house’owe. To jest bardzo „soulful”. Jej głos porównam tylko do Annie Lennox!

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru LAIF.

Zobacz też inne wydarzenia

09.05.2015, KRAKÓW, TEATR ŁAŹNIA NOWA, NILS FRAHM – BEFORE TAURON NOWA MUZYKA 201522.03.2015, Warszawa, Klub Mózg, Pierwszy Warszawski Salon Ambientu13.08.2015, Sopot, Zatoka Sztuki Beach Club, GusGus